Ksenofobia czy filoksenia?

Drukuj

Mamy ostatnio w Europie bardzo poważny problem z uchodźcami. A już od dawna w wielu krajach z terroryzmem islamskim. Także w Polsce narasta obawa przed uchodźcami i terrorystami, co chyba dla wielu osób oznacza niemal to samo. Czytamy często i słyszymy o zachowaniach wrogich czy co najmniej niechętnych wobec imigrantów czy przyjezdnych z krajów arabskich, a także wobec osób nie mających nic wspólnego z islamem czy krajami arabskimi, a jedynym powodem do złego ich traktowania jest śniady kolor ich skóry… Prasa pisze o nienawistnych hasłach, zaczepkach czy pobiciach, o pogardzie i nienawiści. W niniejszym tekście pojawiają się niektóre zagadnienia związane z tym tematem.

Lucjan Wesołowski, Edyta Pilichowska – „Ksenofobia czy filoksenia?”

Poniższy tekst powstał w oparciu o rozmowę internetową, jaką w przeciągu kilku dni przeprowadziliśmy z Edytą Pilichowską (moją dobrą znajomą, Polką, która od kilku lat mieszka w Hiszpanii). Podaję jej nazwisko za jej zgodą i niniejszym dziękuję jej za wydatny udział w powstaniu niniejszego tekstu.

Mamy ostatnio w Europie bardzo poważny problem z uchodźcami. A już od dawna w wielu krajach z terroryzmem islamskim. Także w Polsce narasta obawa przed uchodźcami i terrorystami, co chyba dla wielu osób oznacza niemal to samo. Pewien mój kolega z Indii został zrewidowany  na jesieni 2015 r. przez zwykłych ludzi (nie strażników czy policjantów) w palarni „Domu Tramwajarza” (Społeczny Dom Kultury) w Poznaniu, którzy sprawdzili, czy nie ma on przy sobie broni lub ładunków wybuchowych. Czytamy często i słyszymy o zachowaniach wrogich czy co najmniej niechętnych wobec imigrantów czy przyjezdnych z krajów arabskich, a także wobec osób nie mających nic wspólnego z islamem czy krajami arabskimi, a jedynym powodem do złego ich traktowania jest śniady kolor ich skóry… Prasa pisze o nienawistnych hasłach, zaczepkach czy pobiciach, o pogardzie  i nienawiści.

Widać wyraźnie, że narasta w wielu Polakach lęk, chyba nieadekwatny do realnego zagrożenia, przed wyznawcami Mahometa… A z tego lęku (czy także z innych powodów) biorą się myśli, słowa i czyny, które są niebezpieczne. Hejt, agresja słowna i fizyczna… W niniejszym tekście pojawiają się niektóre zagadnienia związane z tym tematem. Punktem wyjścia była dyskusja, jaka miała realnie miejsce, a dodałem później do jej zapisu moje refleksje.

***

- Edyto, wspomniałaś o Twoim osobistym doświadczeniu z islamem.

- Tak, mieszkałam jakiś czas temu z dziewczyną z Maroka, bardzo  sympatyczną, która zaczęła  ulegać…nazwijmy to „radykalizacji”… Zaczęła się cieszyć z zamachów… Słuchać  dyskursów tłumaczących, że ISIS to bojownicy, zgadzać się z kompletnymi bzdurami i kłamstwami itd. Szkoda, ale mam nadzieję, że jej przeszło. Nawet Tomasz Mann uległ na jakiś czas nazistowskiej ideologii, kiedy Hitler mówił na początku o silnych, odbudowanych Niemczech. W pewnym momencie poszłam na policję.

- Jaka była reakcja?

- Uznali mnie za rasistkę katolicką. Ich interesowało, czy do mieszkania przychodzą „podejrzani mężczyźni”. A koleżanka była na etapie słuchania po 7 godz. dziennie wykładów  islamskich intelektualistów, którzy tłumaczyli, dlaczego Europa nienawidzi islamu i przygotowuje się, aby  teraz niszczyć jego wyznawców.  I że Hitler był chrześcijaninem i dlatego zabijał Żydów, i że planował to zrobić potem z muzułmanami…A teraz Europa (chrześcijanie) przygotowuje się, aby tych muzułmanów zabić!!! W ten sposób zaczęła się cieszyć z zamachów ISIS, bo okazało się, że oni bronią praw krajów arabskich i ich kultury… I nie było mocy, aby jej powiedzieć, że nikt się nie przygotowuje do zabijania muzułmanów. I że ogólnie nacjonalizm czy szowinizm opierający się na jakiejkolwiek religii jako pretekście jest źle widziany. A za zachęcanie do zabijania czy Żydów, czy Arabów, czy generalnie muzułmanów (bo to nie tylko Arabowie, ale także mieszkańcy innych krajów) idzie się do więzienia. Ale ona wierzyła już tylko w to, co jej mówili… I w końcu się wyprowadziłam, ale najpierw zawiadomiłam policję.

Wie Pan… Ja  sobie tak myślę po tych doświadczeniach, że w życiu jest najważniejsze aby – nawet jak mamy odmienne zdanie, czy punkty widzenia – nie nienawidzić się… I że jak nawet uważam, że mój kolega czy sąsiad się myli, to nie zmuszać go, żeby żył według moich zasad… Bo po jakimś czasie – tak normalnie, na poziomie ludzkim, sąsiedzkim, a nie ruchów społecznych – możemy uświadomić sobie, że nie jest tak jak sobie wyobrażaliśmy…

- Myślę tak samo jak Ty.

- A nawet jak jestem pewna, że ten drugi człowiek się myli,  to po prostu tak długo, jak nikogo nie krzywdzi dać mu spokój. Jak chce zrobić krzywdę – powstrzymać go, ale wystrzegać się jednak – na ile się da – form siłowych. To nie oznacza, że będę się biernie przyglądać rozwojowi sytuacji mając w domu kogoś, kto zaczyna wyznawać jakąś formę rasizmu, nienawiści….

- Jasne.

- Mieszkałyśmy razem od września do końca kwietnia, a do końca grudnia prowadziłyśmy rozmowy o tym, jak pewne zagadnienia widzi Koran (islam), jak Nowy Testament (chrześcijaństwo), to były bardzo ciekawe rozmowy, bo to nie były tylko teorie teologiczne, ale też mówiłyśmy, jak to wygląda w życiu – dzisiaj. Jej osamotnienie, frustracja, szukanie nowych kontaktów… W Maladze mieszkał jej brat, pojechała do niego na sylwestra i po powrocie zaczęła słuchać po 7 godz. wykładów w języku francuskim…

- Trzeba zacząć od tego, że ludzie z krajów muzułmańskich mają zwykle inny „background” mentalny…

- Myślałam, że ona się przygotowuje do egzaminów, studiowała ekonomię, nie wsłuchiwałam się, ona słuchała tych wykładów zamknięta w pokoju.

- Narzuca mi się taka myśl, że jest więcej ludzi podobnych do Twojej znajomej – mam na myśli osoby pochodzące z krajów arabskich – którzy odnajdują w tego rodzaju poglądach coś im bliskiego. To może historia podbojów, siły jaką kiedyś posiadali Arabowie. A dziś są oni mniej lub bardziej na marginesie historii, na marginesie rozwoju cywilizacji… Oczywiście nie generalizuję, to są jednostki.

- Pamiętam, jak w lutym (po prawie dwóch miesiącach słuchania tych wykładów) ta dziewczyna weszła jak zahipnotyzowana do kuchni, z błyszczącymi oczami, kompletnie w innym świecie i powiedziała coś takiego : „Już wszystko wiem, słucham teraz wykładów intelektualistów islamskich, którzy wszystko tłumaczą, już wszystko wiem”… Zaciekawiło mnie to i zaniepokoiło,  więc spytałam: „To co teraz wiesz”? A ona: – „Dlaczego chrześcijanie nienawidzą islamu i dlaczego chcą nas zabić!” Najgorsze było to, że kiedy próbowałam jej cokolwiek powiedzieć, to ona nie chciała słuchać… A kiedy zaproponowałam, aby poszła do biblioteki i wypożyczyła książki o historii – różnych autorów, aby mieć porównanie – to jej to kompletnie nie interesowało. Znalazła sposób, aby czuć się kimś lepszym…

- To właśnie jest moim zdaniem jeden z największych problemów świata – że nie interesuje nas rzeczywistość, tylko proste rozwiązania – populizm, hasła narodowe itp. W tym kontekście słowo „proste” oznacza „fałszywe”, bo nie da się rozwiązać skomplikowanych problemów bez ich zrozumienia.

- Najgorsza była dwulicowość, bo ostatecznie ona wszystkiemu zaprzeczyła, wszystkim rozmowom i  przedstawiła się jako ofiara przed współlokatorkami.

- Chodziło jej może o zachowanie twarzy. Może czuła wewnętrzny przymus, aby za wszelką cenę być „w porządku”. W takich sytuacjach staje się nieważne, że kłamiemy. Idziemy w zaparte.

- Dobry człowiek może zostać zmanipulowany i wierzyć, że sytuacja obliguje go do postępowania w pewien sposób. Ona nie chciała uznać żadnych argumentów. Nikt nie oczekiwał od niej, aby wyparła się swojej  kultury czy religii, absolutnie. Paradoks był taki, że połączyło nas zainteresowanie religią i życiem w dosyć tradycyjnych wartościach, to była bardzo pozytywna relacja… A potem to odchorowałam. To było bardzo trudne, smutne i dość złożone doświadczenie… 

- Przepaść kulturowa. Jesteśmy mocno uwarunkowani tradycją i historią naszego kraju, religią itp.

- Tutaj wyraźnie chodziło o jedno… Nie o religię, ale o to, aby czuć się lepszym… Ale to poczucie buduje się od dzieciństwa, bo myśmy rozmawiały też o kwestiach konfliktu pomiędzy Europą i islamem (Arabami) w czasach średniowiecza.

- Może jest tak jak myślisz. Być może ona ma kompleks niższości.

- To ciekawe, bo to nie była zahukana dziewczyna w chuście, która przyjechała z Maroka dopiero co… Mieszka w Hiszpanii od 7 lat…

- Czytałem kiedyś, że Arabowie (oczywiście nie wszyscy) mają zbiorowy, nieuświadomiony kompleks niższości. Podbili ogromne obszary świata, rozwijali naukę i kulturę, a potem się jakby zatrzymali. I niektórzy twierdzą, że Arabowie w pewnym stopniu stoją tak – zatrzymani – do dzisiaj. Przeczytałem w pewnym artykule prasowym, że autor znalazł pewną stronę internetową poświęconą kulturze islamu czy arabskiej, która urywa się na XIII wieku. Tak jakby potem ta kultura się nie rozwijała. Przeczytałem też kiedyś , że wszystkie kraje arabskie (doliczyłem się ich 17, a dodając Sudan i Mauretanię z dużą ilością ludności afrykańskiej oraz Autonomię Palestyńską byłoby ich 20) przetłumaczyły i wydały w roku bodaj 2012 mniej książek zagranicznych, niż mała Grecja. Arabowie to około 500 mln ludzi, a Grecja liczy ponad 11 mln obywateli. Można z tego wysnuć daleko idące wnioski…

- Ja jej słuchałam z dużym zainteresowaniem, to było bardzo ciekawe doświadczenie…

-To właśnie jest moim zdaniem właściwa droga – wysłuchać różnych stron.. Nie przywiązywać się do jednej koncepcji…

- A ja wtedy zdałam sobie sprawę z pewnej ważnej rzeczy, może podstawowej… Że historia, której nas uczą w różnych krajach Europy nie jest „ta sama”. A jej uczą jeszcze innej. Jej historia była taka, że islam od zarania był religią pokoju, a muzułmanie przybyli do Maroka uciekając przed rzezią zgotowaną im przez chrześcijan… Ona nie wiedziała o tym, że chrześcijaństwo w pierwszych swoich wiekach nie było religia „dominującą”.

- Tak. Historia jest zafałszowywana. I oni i my wiemy mało.

- Wie Pan, nie są ważne różnice w religiach, jeśli ludzie szukają w nich sposobu na bycie lepszym człowiekiem…

- Jasne. Dla mnie dobro jest najważniejszą wartością, można do niego zmierzać  różnymi drogami, szukać go w różnych systemach religijnych czy filozoficznych. A niektórzy poszli jeszcze dalej… Znasz piosenkę Johna Lennona  „Imagine”?  No religion… Jiddu Krishnamurti (pewien nauczyciel duchowy z Indii) zwracał uwagę na negatywne efekty istnienia wszelkich „szufladek”, podziałów, dogmatów…

- Problem zaczyna się wtedy, gdy do gry włączają się duchowni, którzy niekoniecznie chcą rozwijać dobro w wyznawcach… Gdy pokazuje nam się taką „prawdę”, jaką mamy znać, aby za nimi podążyć. Tak się dokonuje wszystkich rzezi religijnych..

- Pewnie, że masz rację. Nie tylko duchowni, także inne osoby, jak np. władcy czy politycy, wykorzystywali i wykorzystują religię w swoich celach. Chcesz poznać moją definicję religii? Miłość, dobro, szacunek… Świadomość. To jest dla mnie religia uniwersalna. Braterstwo, solidarność. Wolność.

- Wie Pan, bycie politykiem to ewidentna walka i dla wielu spragnionych bycia przywódcami stanie się „przywódcą duchowym” okazuje się być lepszym sposobem na władzę i realizację swoich ambicji… Duchowny zawsze może się powołać na głos Boga, nastraszyć potępieniem i tak dalej. Myślę, że wielu ludzi w jakimś miejscu swojej drogi w takich ruchach jak kiedyś nazizm, a teraz fanatyzm islamski odkrywa, że to jest kompletne kłamstwo, ale ze strachu idzie dalej… Z lęku przed pozostaniem w pustce… I ci ludzie idą za tym, w co już nie wierzą, ale idą… Ze strachu, ze musieliby wziąć odpowiedzialność za siebie…

- Zgadzam się… Ale – jak sam napisałaś wcześniej – nie można utożsamiać islamu z Arabami, którzy po pierwsze są jednostkami (a więc każdy z nich jest inny), a po drugie mają trochę inną tradycję czy historię w każdym kraju, nie wspominając już o różnicach grupowych, generowanych przez miejsce zamieszkania, pracę itd. Warto wyraźnie podkreślić, że islam jest religią dominującą także w krajach nierabskich, jak np. Turcja, Iran, Pakistan, Bangladesz, Indonezja, bo historia, położenie, sytuacja społeczna w każdym z tych krajów są inne i wpływają mocno na mentalność ich mieszkańców.

- Poznałam dużo osób z Pakistanu… Mahometanie, ale to jednak u zarania inna kultura…

- Oczywiście. To inna historia, inna tradycja. Ale dla porządku trzeba dodać, że w Pakistanie mieszkają też wyznawcy innych religii.

- Jest duża różnica w odnoszeniu się do kobiet ze strony mężczyzn z Pakistanu i ze strony Arabów… Chodzi o dużą serdeczność Pakistańczyków… To jest też może taka forma flirtowania z kobietą Europejką…  Ale np. jest dużo więcej powściągliwości, choć jest też dużo grzeczności ze strony Marokańczyków. Ale dla wielu Arabów kobieta jest istotą drugiej kategorii.

- Mało wiem na ten temat. Byłem dwa razy w Maroku i poznałem wiele osób obojga płci, zwykle serdecznych, gościnnych i otwartych, a mężczyźni zachowywali się dobrze (przynajmniej w mojej obecności czy w przestrzeni publicznej) w stosunku do kobiet. Faktem jest natomiast, że zdarzyło mi się kilka razy wziąć udział w imprezach towarzyskich, na których nie było ani jednej kobiety.

- Zauważyłam dużo rozdarcia pomiędzy tym, czego chce w krajach arabskich kobieta, a tym, co powinna popierać. Często wygrywa podążanie za islamem – za tą formą, która jest wykładana w meczecie… Całkowite poddanie. Myślę, że jednak Europejczycy na przestrzeni wieków (także w łonie ruchów religijnych) prezentowali więcej samodzielności i sprzeciwu… Jeśli czuli w sobie niezgodę na coś…

- Nie jesteśmy w niczym lepsi. Tylko tak się ułożyło, że u nas rozwinął się indywidualizm. I to pozwala nam myśleć i postępować inaczej. I to raczej od niedawna, bo zauważ, ile było zła w „fundamentalizmie” chrześcijańskim, ilu ludzi wymordowano itd.

- Myślę, że jednakowa jest w różnych ludziach chęć bycia dobrym człowiekiem… Ale w islamie tak to wygląda, że ważniejsze jest, aby robić to, co mówią w meczecie… To jest to, czego uczą w szkołach, gdzie nie ma oddzielenia religii od przedmiotów laickich i gdzie zaczyna się naukę od Koranu…

- Tak, Koran wyznacza ramy, ale nie dla wszystkich. Są w krajach muzułmańskich osoby myślące w sposób otwarty, są osoby niepraktykujące itd.

- Na pewno ma to swoje historyczne uwarunkowania. Mówię o tej postawie podążania owczym pędem. Gdy się nie myśli, tylko podąża za liderem…

- Jest taka książka Ericha Fromma (psychologa i filozofa) pt. „Ucieczka od wolności”. Dokonał on w niej analizy takiej postawy. To temat na długą rozmowę…

Dzięki za to, co napisałaś! Poruszyłaś wiele ważnych tematów… Pomyślę, napiszę moje refleksje i prześlę Ci je. Do kontaktu!

***

Mam dwóch przyjaciół wyznających islam. Jeden jest Algierczykiem o imieniu Hamid, a drugi Marokańczykiem o imieniu Abdou (Abdelhak). Z pierwszym przyjaźnię się od 24 lat, z drugim od trzynastu. Obydwaj są ludźmi o wielkim sercu, uczynnymi, serdecznymi, życzliwymi, godnymi zaufania, otwartymi, szanującymi innych ludzi i ich poglądy… Od obydwu doświadczyłem wielokrotnie konkretnej, bezinteresownej pomocy w różnych sprawach. W moim odczuciu są to po prostu dobrzy, bardzo wartościowi ludzie, a islam – kojarzony ostatnio często z terroryzmem czy fundamentalizmem – nie wywarł na nich żadnego wpływu, który mógłbym określić jako negatywny.

Byłem dwukrotnie w Maroku, ostatnio przez dwa tygodnie w styczniu 2016. Nigdy nie spotkałem się tam z zachowaniami niemiłymi, z traktowaniem mnie źle, z niechęcią czy pogardą. Wręcz przeciwnie, niemal codziennie zdarzało mi się, że obcy ludzie pozdrawiali mnie na ulicach. Przeprowadziłem wiele krótszych i dłuższych rozmów, niemal zawsze w atmosferze wzajemnego szacunku i życzliwości z osobami z różnych grup społecznych, począwszy od ulicznych sprzedawców, a kończąc na znanym chirurgu czy dyrektorze szkoły muzycznej.

Byłem przy końcu lat 80. w Indiach, miałem tam wiele razy do czynienia z Hindusami wyznającymi islam. Jeden z nich był nieuprzejmy, wyrwał mi z rąk wizytówkę sklepu muzycznego  i wcisnął mi inną, innego sklepu muzycznego, mówiąc: „Idź do tego sklepu, tam jest właścicielem muzułmanin, a nie hinduista, tam będzie lepiej!” Miałem też do czynienia z pewnym natrętnym  (ale nieagresywnym) rikszarzem. Wszyscy inni byli spokojni, mili i kulturalni.

Poznałem mieszkając przez 21 lat we Włoszech muzułmanów z różnych krajów, także europejskich (jak Bośnia i Hercegowina czy Kosowo) i Czarnej Afryki. Jak wszędzie i w każdej grupie, znalazłem wśród nich ludzi, do których czułem sympatię, jak i takich, wobec których czułem dystans. Jednak w sumie moje doświadczenia w dziedzinie kontaktów z muzułmanami są pozytywne.

Moje nastawienie do muzułmanów, oparte na moich wieloletnich kontaktach z nimi  jest bardzo dalekie od nastroju niechęci, lęku, pogardy czy wręcz nienawiści, jaki szerzy się ostatnio w Polsce. Skąd się bierze ta niedobra atmosfera? Z doświadczeń życiowych? Osoby zachowujące się w sposób negatywny wobec imigrantów islamskich bądź wobec samej wizji ich przybycia doznały jakichś krzywd od muzułmanów, Arabów? Sądzę, że w absolutnej większości przypadków tak nie jest. Myślę, że owe zachowania to reakcje emocjonalne niezwiązane lub luźno związane z rzeczywistością, a będące efektem pewnych procesów myślowych. Podstawą zaś owych procesów myślowych są struktury mentalne obecne w umysłach owych osób.

Jakie to struktury? Poczucie zagrożenia, lęk przed nieznanym, ksenofobia, mechaniczne przenoszenie na rzeczywistość polską faktów, które miały miejsce w innych krajach, wyolbrzymianie realnych niebezpieczeństw… Pokusa stawiania prostych diagnoz, wiara w stawianie murów i przemoc jako sposoby rozwiązywania problemów… Psycholodzy, socjolodzy, nauczyciele technik rozwoju osobowości itp.  zauważają, jak wiele tego rodzaju struktur mentalnych opiera się na niewiedzy, nieświadomym przyjęciu i utożsamieniu się z opiniami, przekonaniami itp. , który nie są realistyczne ani konstruktywne. Nie przynoszą dobra tym, którzy noszą w swych umysłach owe struktury.  Jakie są podłoża, na których wyrastają te niekonstruktywne struktury mentalne? Można wśród nich wymienić trudne doświadczenia rodzinne, zagubienie, brak perspektyw życiowych czy zawodowych, brak satysfakcjonujących więzi społecznych, kryzys wartości itp.

Chciałbym zwrócić uwagę na pewien czynnik, moim zdaniem istotny, a rzadko zauważany. To najważniejszy – nie tylko moim zdaniem – element naszej egzystencji oprócz tych czysto materialnych, zapewniających nam fizyczne przetrwanie. Mam na myśli obecność w życiu codziennym tzw. pozytywnych uczuć. Oczywiście na pierwszym miejscu stawiam miłość we wszystkich jej formach i odcieniach. A zaraz po niej takie zjawiska jak przyjaźń, życzliwość, szacunek (nie mylić ze stawianiem kogoś na piedestał…). Przypomnę w tym miejscu truizm, że im więcej mamy w sobie i w naszym życiu tych uczuć, tym lepsza jest nasza egzystencja. Zaś ich niedobór powoduje wiele negatywnych skutków, m.in. poczucie zagrożenia, wyobcowania, skłonność do używania przemocy psychicznej i fizycznej itp.

Sytuacja, jaka ma miejsce teraz w Polsce wpisuje się w moim odczuciu w generalny problem naszego niewłaściwego podejścia do życia, w którym dajemy wiele miejsca reakcjom niezwiązanym z owymi „pozytywnymi” emocjami, zajmujemy się różnymi działaniami, które nie mają nic wspólnego (lub mają bardzo niewiele) z tym, co jest nam najbardziej potrzebne (zaraz po zaspokojeniu podstawowych potrzeb fizycznych). Czyli z miłością, przyjaźnią, szacunkiem, życzliwością…  Nawiasem mówiąc, niekiedy można sądzić, iż w pewnych okolicznościach potrzeba miłości jest ważniejsza od zaspokojenia owych potrzeb fizycznych.

Co począć, aby „pozytywnych” uczuć było więcej w naszym życiu? Mistrzowie duchowi powiedzieliby „zacznij od siebie”. Czyli w sytuacjach, gdy możemy dokonać wyboru wybierać takie słowa i zachowania, które nie ranią, nie poniżają, nie tworzą dystansu, poczucia obcości. Zamiast ostrej krytyki porozmawiać życzliwie i spokojnie o tym, co naszym zdaniem należałoby zmienić. Przestać patrzeć na smartfon rozmawiając z kimś. Przepuścić kogoś w drzwiach, nie przerwać, gdy ktoś mówi do nas… Okazać życzliwość, zainteresowanie, szacunek… Itp. itd. itp.

A wracając na koniec do tzw. obcych (tak zwanych, bo każdy z nas jest obcym, wystarczy, że znajdzie się wśród ludzi, których nie zna) – chciałbym, aby zamiast słowa „ksenofobia”, które tak często słyszę (a efekty postawy ksenofobicznej widzę) pojawiały się i przejawiały coraz częściej słowa „ksenofilia” i „filoksenia”….

***

Zdjęcia – Edyta Pilichowska i Lucjan Wesołowski

——————————————————————————————–

1.

Słownik języka polskiego PWN:

ksenofil «człowiek odnoszący się z sympatią do cudzoziemców i cudzoziemszczyzny»
• ksenofilia

2.

Słownik późnych ksiąg Nowego Testamentu
i pism Ojców Apostolskich

(redakcja: Ralph P. Martin, Peter H. Davids)

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/vocatio_2014_slownik_pozne_nt_01.html

 

Filoksenia (starogreckie) – gościnność

Zwyczaj gościnności był rozpowszechniony w całym świecie starożytnym i wysoko ceniony (Stählin, 17-20). Wyrastał on w pewnej mierze, wyposażony w boską sankcję, z wzajemnego obowiązku wszystkich ludzi, aby pomagać jeden drugiemu, a szczególnie pomagać przybyszom. Stąd też świątynie i ołtarze stanowiły miejsca azylu, a bóstwa (jako choćby Zeus Ksenios — Zeus patron przybyszów) — jak wierzono — miały chronić prześladowanego przybysza czy jego dręczonego gospodarza. Gospody, miejsca noclegu i inne formy udzielania schronienia podróżnym, często stawiane przy świątyniach i synagogach, stały się również istotnymi elementami instytucji gościnności (Casson).
Definicja
Z punktu widzenia antropologii kultury basenu Morza Śródziemnego gościnność (gr. filoksenia, łac. hospitium) jest procesem społecznym, wskutek którego status kogoś z zewnątrz zostaje zmieniony z obcego na gościa. Proces ten obejmuje trzy etapy: ocenę i poddanie próbie przybysza, aby sprawdzić, czy włączenie go w swoje grono jest możliwe bez zbędnego narażania na szwank granic czystości grupy; włączenie przybysza do swojego grona jako gościa pod opieką gospodarza i w zgodzie z obowiązującym w konkretnej kulturze kodeksem gościnności, narzucającym pewne obowiązki zarówno na gospodarza jak i na gościa; wreszcie odejście przybysza, jako gościa, który staje się obecnie albo przyjacielem — jeśli wymogi honoru zostały spełnione — albo wrogiem, jeśli honor został naruszony (Malina, 181-187; Hobbs).077_int 20160116_125846

Czytaj również